Kosmetyczny niezbędnik – babskie pogaduchy

Zazwyczaj omijam opisywanie szeroko rozwiniętego tematu kosmetyków. W końcu żyjemy w XXI wieku, w którym mass media wiodą prym. Zarówno jako swego rodzaju kompendium wiedzy, jak i przepływ codziennych informacji. Jeżeli mam obiekcje w stosunku do zakupu towaru, korzystam z opinii internautów, czy to na blogach, czy też portalach danej dziedziny. Czasami się z nimi nie zgadzam, czasem stwierdzam, że faktycznie „ktoś miał rację!”. Dzięki tym „ktosiom”, być może i Tobie drogi czytelniku, mamy możliwość zaznajamiania się z produktami, których nie jesteśmy do końca pewni. 

Dodatkowo naszła mnie pewna myśl. Wyobrażasz sobie, co by było gdyby nagle odcięto dostęp do internetu lub telewizji? Szczerze powiedziawszy uwielbiam czas, w którym mogę rzucić telefon w kąt i przez kilka godzin być offline. Mimo to, zdarza się, iż po ponownym złapaniu telefonu w dłoń, mam kilka nieprzeczytanych wiadomości, maili, nieodebranych połączeń oraz powiadomień FB. Na dłuższą metę, kiedy społeczeństwo, w tym sfera biznesu, staje się coraz bardziej unowocześniona, nie widzę perspektywy na cofnięcie się do czasów przed internetowych. 



Dzisiaj co nieco o babskich sprawach. Jestem kobietą i temat kosmetyków, paznokci, czy włosów to chleb powszedni. Postanowiłam wybrać produkty dla mnie niezbędne (w tym pielęgnacyjne), a także stricte upiększające, które w moich szarych oczach usytuowane są na piedestale. 

SENI CARE


Przede wszystkim należę do wrażliwców. Oczywiście tych skórnych. Moja cera to totalne pobojowisko. Batalię toczę z nią non stop, gdyż zwykłe zetknięcie się z materiałem syntetycznym, kończy się wysypką. Alergia i wrażliwość pełną parą. Do pielęgnacji swojego ciała używam emulsji intensywnie nawilżającej do skóry suchej „Seni Care”. To jeden z niewielu balsamów, który toleruję. Nie znoszę kiedy balsam długo schnie, klei się, wtedy też dostaję przysłowiowego szału. Natomiast emulsja Seni Care, która w głównej mierze kłania się ku osobom z problemami skórnymi, szybko się wchłania, nie odczuwam dyskomfortu i dodatkowo posiada przyjemny zapach. Na stronie producenta znalazłam notkę, mówiącą iż emulsja nadaje się: „do codziennej pielęgnacji odwodnionej, wrażliwej, narażonej na podrażnienia skóry, w tym u osób narażonych na skrajne przesuszenia z powodu długotrwałego unieruchomienia. Emulsja ma lekką konsystencję, łatwo się rozprowadza i wchłania. Doskonale nawilża, łagodzi podrażnienia, poprawia kondycję skóry. Chroni skórę przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych. Receptura wzbogacona 4% mocznika, który skutecznie zmiękcza wysuszony naskórek, wygładza i ujędrnia.”.  
Co ciekawe sama firma „seni care” nastawiona jest w większości na produkty pielęgnacyjne oraz wspiera osoby chore oraz naszych kochanych seniorów! 



L’Oreal – płyn micelarny

Nie zapomnę wyjścia do drogerii, kiedy stwierdziłam, że muszę zaopatrzyć się w płyn micelarny. Podobnie jak w przypadku balsamów, odczuwałam zmęczenie testowaniem kolejnych mleczek, toników i innych kosmetyków do demakijażu. Dodatkowo jako posiadaczka rzęs wiem, że płyn micelarny zmyje eyeliner bądź cień do powiek, nie naruszając włosków. Sięgnęłam po L’Oreal. Próbowałam kiedyś z płynem innej marki i niestety nie sprostał moim oczekiwaniom, mianowicie przesuszał moją skórę. Ten, marki L’Oreal, nie wysusza mojej cery. Nie muszę trzeć, aby móc zmyć mój make-up całkowicie. Pozbywa nadmiar serum, a także lekko matowi cerę. Dodatkowo nie posiada zapachu, jest hipoalergiczny oraz nie posiada parabenów. Stop! Czego nie posiada? Cóż, parabeny to substancje chemiczne, które przedłużają trwałość kosmetyków. Mogą powodować występowanie drobnoustrojów, pleśni i innych paskudztw. Często mamy z nimi styczność, a skoro można stosować kosmetyk, w którym ich nie znajdziemy, dlaczego nie skorzystać! 



Suchy szampon L’biotica

Kolejny z kosmetyków, bez których nie potrafię się obejść. Bardzo ociężale szykowałam się do wypróbowania tego rodzaju dodatku do pielęgnacji moich włosów. Na ich punkcie mam potocznie mówiąc kręćka, gdyż odżywki i maski stanowią dla mnie jeden z ważniejszych tematów, o którym być może w innym wpisie. Cóż, jeżeli moje włosy przechodziły wszystkie stadia kolorów tęczy, muszę o nie dbać. Obecnie wygrała natura, co za tym idzie, jasny blond wymaga większego zaangażowania. 
Jakiś czas temu postawiłam na znaną mi bardzo dobrze markę. Swoją drogą Syoss i farby tej firmy to perełka. Postawiłam na tę markę, aczkolwiek rozczarowałam się. Suche szampony nie zdawały u mnie kompletnie egzaminu. Włosy stawały się matowe, miałam wrażenie, że z głowy sypie się biały proszek, natomiast zadowolona byłam z zapachu. Do czasu, kiedy kolejna butelka zużyła się ponownie po bardzo krótkim stosowaniu. Postawiłam na zmiany i znalazłam suchy szampon, który towarzyszy mi codziennie. Przede wszystkim włosy nie są twarde i matowe, jak po użyciu lakieru, czuć piękny zapach kokosu oraz nie mam problemów z dozowaniem, jak w przypadku Syossa. Jeżeli także zdarza się Wam sięgnąć po suchy szampon, wypróbujcie L’bioticę



Art Scenic korektor do brwi

Jako blondyneczka, nie cuduję przy moich brwiach. Naturalny kształt oraz ich jasnobrązowy kolor odwalają za mnie całą robotę. Ciemne i wyregulowane brwi wyglądały co najmniej komicznie na mojej twarzy. Jedynie lekkie podkreślenie kształtu delikatnym jasnym brązem to czynność, którą zdarza mi się wykonywać. Konsystencja jest lekko żelowa, co powoduje, iż brwi układają się o wiele lepiej, aniżeli w sytuacjach, gdy nakładam pudrowe cienie. 



Podkład? Podstawa! 

Podkład 4 w 1 L’Oreal „True Match Genius” to mój zdecydowany skarb. Łączy w sobie: bazę, podkład, korektor oraz puder. Moja skóra daje mu wielkiego plusa. Przy zakupie, dodając, iż do tanich kosmetyków nie należy, miałam wątpliwości po przeczytaniu opinii w Internecie na jego temat. W moim przypadku uratował mi nieraz spotkanie czy wyjście. Wielki pozytyw w tym podkładzie to pojemniczek. Posiada lusterko oraz gąbeczkę. Niestety nie ma go zbyt wiele, jednak jedno opakowanie służy na około pół roku. Kremowa konsystencja sprawia, że rozkłada się równomiernie. Dodatkowo matuje! Wielokrotnie zdarzało się, iż podkład, który miał matowić, sprawiał, że twarz świeciła się tuż po nałożeniu. True Match Genius w związku z bycia również pudrem, potrafi przez kilka godzin sprostać w nawet upalnych warunkach. 



Jeżeli mam więcej czasu, za pomocą gąbki nakładam podkład MaxFactor Face Finity All Day Flawless. Podkład ten, to połączenie podkładu, bazy oraz korektora. Dodatkowym atutem jest posiadanie filtra SPF 20, który pięknie wykańcza całość makijażu. Zaleta? Zdecydowanie widać go przez cały dzień. Nie muszę martwić się o „zważenie”. Posiada minus, jakim jest szklany pojemnik. Pompka, mimo pozostania sporej ilości podkładu na dnie, nie „chwyta”, co za tym idzie, należy radzić sobie w inny sposób. Posiadam dwa rodzaje: ciemniejszy (rose beige) oraz jaśniejszy (beige). Łączę dwa odcienie lub dostosowuję do poziomu opalenia. 



Na wykończenie… puder!

To, co ubóstwiam w pudrach Inglota, to zakup. Począwszy od posiadania pudełka na puder, nie potrzebuję kupować kolejnego nowego opakowania. Puder jest wymieniany do tego, które już posiadam. W kasetce obecnie znajduje się puder prasowany, matujący. W dotyku jest on bardzo delikatny oraz jedwabisty. W związku z tym, po nałożeniu nie czuję, aby znajdował się na mojej twarzy. Zdecydowanie zdaje egzamin w związku z trwałością. Na kilka godzin potrafi zamaskować świecenie się twarzy. 



A gdzie brąz?

Cóż, róż na zimę, brąz na lato, zatem trzeba go wyjąć! Kiedy użyłam po raz pierwszy brązu Mexmo… zakochałam się! Pierwsze użycie, przygotowałam swój pędzel, lekko musnęłam bronzer, delikatnie nałożyłam na swoje policzki i okazało się, że jest bardzo intensywny! Miałam przypadki, w których musiałam nieźle „nabrać” brązu, aby cokolwiek na twarzy było widać. Natomiast przy użyciu bronzera Mexmo, nie musiałam wcale się natrudzić, aby był widoczny. Zatem pędzle w ruch i konturowanie nie jest takie trudne! Kolor brązu nie „gryzie” się z twarzą, tylko podkreśla swoim kolorem kości policzkowe. 




Być kobietą, być kobietą! ;)  Też masz swoje "must have"? :) 

Komentarze

Popularne posty

Działo się w Gnieźnie… czyli spotkanie zblogowanych kobiet.

Samo się nic nie zrobi!

Zmiana za zmianą i kolejne zmiany.