Pływające miasto, turysta biega po dachu i George Clooney… Wenecja!





Po skosztowaniu luzackiego życia jest zdecydowanie trudniej wrócić do szarej i chłodnej rzeczywistości. Pod koniec zeszłego roku założyłam sobie, że chcę zacząć żyć życiem, które będzie spełniać moje oczekiwania. Począwszy od aktywności fizycznej, poznając nowych ludzi, próbując nowych rzeczy, skończywszy na wyjazdach do miejsc, które utrwaliły się w mojej głowie.


Z opowieści słyszałam, iż Wenecja jest ciasna, śmierdząca, przeludniona i generalnie nie jest warta uznania. Jednakże po „Inferno” Dana Browna miałam cel! Jadę do Wenecji. 


Wenecja jest naprawdę urodziwą miejscowością. Wyobraźcie sobie, że chodzicie po placach i uliczkach, które „wiszą” na wodzie. Pływając gondolą kanałami, widać znane z filmów: wiszące pranie, drewniane okiennice, a do tego ten włoski luz. 


Wyobraźcie sobie sytuację, w której idziecie ulicą i nagle ktoś zaczyna śpiewać. Odesłać do specjalisty, nieprawdaż? To, co zrobiło na mnie wrażenie to właśnie brak barier. Już w Wenecji czuć brak skrępowania i możliwość rozmowy z tubylcami. Nie trzeba zaczepiać… szczególnie kiedy jest się blondynką! 


Po powrocie do domu to właśnie to miejsce chcę ponownie zobaczyć. Jako koneserka włoskich marek nie ukrywam, że wystawy LV, Chanel i innych sprawiały, że moje oczy stawały się coraz większe. 


Nie jestem w stanie opisać słowami moich uczuć, które miałam w środku, kiedy siedziałam przy Ponte Di Rialto patrząc na ludzi, którzy przemierzali Wenecję, zachwycając się jej urokiem. Do teraz ja, mająca zawsze ostatnie zdanie i coś do powiedzenia, nie wiem jak wyrazić spełnienie moich marzeń. 



Nie można zapomnieć także o zakupach. W jednym ze sklepików postanowiłam zakupić pamiątkowe magnesy. Włosi są bardzo uprzejmi, co za tym idzie zaczęłam rozmawiać z ekspedientem, który był ciekawy skąd jestem. Zaczęło się w sumie od zaczepki na temat owoców, które miałam na okrągło przy sobie. Możecie za około 2 euro zakupić niemalże wszędzie w plastikowych kubeczkach pokrojone owoce dla ochłody. Moje codzienne must have!   


Generalnie Pan sklepikarz postanowił nauczyć się wymawiać „sześć pięćdziesiąt”. Oprócz jego mieszanego angielsko-włoskiego języka, chciał zrobić mi przyjemność. Przez pięć minut musiał ćwiczyć nasze „ś” oraz „ć”. Moje trudy opłaciły się w jakimś stopniu. W końcu z jego ust dobiegało coś w rodzaju „czejszcz pienniesiąt”. Pochwaliłam za próby oraz obiecał mi, iż będzie ćwiczył. 


Jeżeli marzycie zobaczyć słynne konie na Placu św. Marka, Pałac Dożów, iść śladami George’a Clooney’a lub Johnny’ego Depp’a w „Turyście”… jedźcie! Życie nie czeka.  

Komentarze

Facebook

Insta Insta!